Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 08

    Siły Gromady uderzyły na deltą tuż przed świtem, w dniu, w którym nad rzeką i jej dopływami wisiała gęsta mgła. Oddział Straat-ien'a pędził wybranym skrótem w migoczących, zakamuflowanych ślizgaczach i pojedynczym pojeździe dowodzenia, posuwając się z intensywnym, monotonnym buczeniem, który był trudny do wychwycenia przez urządzenia podsłuchowe wroga. Ospali przedstawiciele miejscowej fauny ledwo nadążali usuwać się z drogi.

    Jego grupa składała się z równej liczby Ziemian i Massudów. Widząc niepokój tych ostatnich, wywołany długotrwałą podróżą w bliskim sąsiedztwie wody, Lalelelang sama nie miała czasu denerwować się.

    Ślizgacze spotkały się na długiej, płaskiej wyspie, jednej z kilkudziesięciu, które podzieliły główny nurt rzeki na setkę kanałów, tworzących deltę. Bez trudu opanowali instalacje, które Krygolici wznosili w jej centrum.

    Lalelelang słyszała odgłosy walki, ale na szczęście nic nie widziała. Usytuowany na wielkim poduszkowcu, a założony przez Straat-ien'a, punkt dowodzenia kierował ogniem i szeregami atakujących, a nie przełamywaniem frontu. Zetknęła się zarówno z rannymi Ziemianami, jak i Massudami, ale trening i medykamenty utrzymywały jej własny system wewnątrzwydzielniczy w równowadze i umożliwiały jej kontynuowanie pracy.

    Zgodnie z poleceniem, trzymała się blisko Straat-iena. Czuła, że w ciągu kilku dni poprzedzających atak udało się jej całkiem dobrze go poznać. Nie był to ktoś wyjątkowy, po prostu jeszcze jeden kompetentny ziemiański oficer, bardzo skuteczny i efektywny w sporządzaniu strategii dla pól bitewnych przy pomocy swoich ziemiańskich i massudzkich podoficerów. Mimo, iż nie miała okazji oglądania go w walce, nie wątpiła, że potrafiłby obsługiwać wszystkie typy broni równie sprawnie, jak każdy z jego lepiej uzbrojonych ziomków.

    Był niższy i bardziej umięśniony od większości z nich. I mimo, że ciągle górował nad jej drobną postacią, lepiej się czuła rozmawiając z nim, niż z innymi Ziemianami, którzy byli jeszcze wyżsi. Nawet w trakcie bitwy, w chwilach niepewności i napięcia, gdy już udało mu się zwalczyć skrępowanie, spowodowane obecnością Waisa, plączącego się koło jego nóg przez większą część dnia, był wobec niej niezmiennie grzeczny. Wyczuwała, że ją podziwia. Każdy inny Wais, w podobnych warunkach, przemieniłby się w dygoczącą, bezwładną kupkę pierza schowaną w najbliższym, ciemnym kącie.

    Pomimo tego, zdarzały się chwile, w których był wobec niej niezwykle podejrzliwy i przesadnie ostrożny. Mimo wysiłków, nie udało jej się znaleźć przyczyn tych sporadycznych, nieprzewidywalnych zmian w nastawieniu. Wydawało się, że jest coś bardzo intymnego, co desperacko próbuje ukryć. Może jakaś wada, albo słabość. Nie interesowało jej zbytnio, jak to na niego wpływa, a obserwacje prowadziła z zawodowego punktu widzenia.

    Jednak intrygowało ją to. Próbowała wybadać go, zadając niewinne pytania, gdy tylko manifestował tę swoją podejrzliwość. To tylko czyniło go jeszcze przezorniejszym i jeszcze bardziej nieufnym, aż do momentu, w którym zagrożone były doskonałe stosunki współpracy, tak starannie przez nią budowane na bazie dokładnej znajomości ludzkiej psychologii. Niezwłocznie się wycofywała, postanawiając zaczekać raczej, aż potworzą się jakieś szczeliny w jego pancerzu, niż próbować samej je wyrąbywać. Przecież miała inne tematy do utrwalenia i rzeczy do zbadania. Miała czym wypełnić czas.

    Obserwowanie, jak Straat-ien kieruje wojskami i ustala strategię było fascynujące. Ani razu nie widziała go, a w zasadzie żadnego innego Ziemianina, wyrażającego zaniepokojenie, czy smutek z powodu prowadzenia działań, które miały na celu uśmiercenie znacznej ilości inteligentnych stworzeń. To był właśnie ten straszliwy dar Ziemian: zdolność czynienia tego, czego nie mógł uczynić żaden inny gatunek. Każdego dnia prezentowano jej nowe, zadziwiające i często odpychające tego przykłady.

    Czasem Ziemianie okazywali zniecierpliwienie wobec swoich bardziej rozważnych kolegów, Massudów. Wysocy wojownicy, o oczach jak szparki, przyjmowali ostrą naganę spokojnie, ale tylko dlatego, że w sprawach związanych z walką. Ziemianie zwykle podejmowali dobre decyzje.

    Gdy już się rozpoczęła ofensywa, Nevan prawie zapomniał o obowiązku opieki nad Waisem. Był zbyt zajęty, by się o nią troszczyć, a ona dotrzymywała słowa i nie przeszkadzała mu.

    Gdzieś w połowie szturmu Krygolici zorganizowali kontratak, zalewając deltę poduszkowcami i ślizgaczami. Smugi ognia i siejące zniszczenie kolorowe, koherentne promienie energii siekały bagienną roślinność i mąciły wodę na skraju podmokłych terenów, porośniętych pseudo-mangrowcami. Samonaprowadzające się rakiety czyhały w nikczemnych intencjach tuż pod powierzchnią rzeki, albo za pniami drzew, aż jakiś odpowiedni cel pojawi się nieświadomie w ich zasięgu. Błyskawicznie toczące się działania uniemożliwiały każdej ze stron używanie ciężkiego wsparcia lotniczego.

    Jedno i dwumiejscowe poduszkowce i ślizgaczc przemykały wśród drzew, nad wąskimi jeziorami i dopływami rzeki w poszukiwaniu konfrontacji. Większe pojazdy używały swoich wirtualnych projektorów, by jak najbardziej wtopić się w bagna.

    Wewnątrz opancerzonego, zamaskowanego punktu dowodzenia Straat-iena, Lalelelang była do pewnego stopnia odizolowana od samej walki, choć otaczał ją zgiełk, zamieszanie i krzyki, jeśli nie zgoła krew. Massudzi i Ziemianie biegali w różnych kierunkach. Ziemianie prezentowali, normalne w takiej sytuacji, zmiany zabarwienia skóry na twarzy, zaś Massudzi, wścieklejsze niż zwykle tiki i drapania.

    Poduszkowiec dowodzenia był największym pojazdem, jaki mógł być użyty do tego rodzaju ataku. Cokolwiek większego stanowiłoby łatwy cel dla wrogiej artylerii dalekiego zasięgu. Mógł on w sobie pomieścić całą elektronikę dowódcy, wystarczającą załogę i kilka systemów ciężkiej broni. Takie pojazdy były ośrodkami nerwowymi każdej szybko przeprowadzanej ofensywy. Lalelelang stwierdziła, że jest on zatłoczony i niewygodny, ale zachwycająco efektywny.

    A przynajmniej takim się wydawał aż do chwili, gdy nagle z rzeki nie wyprysnął ładunek wybuchowy. Najprawdopodobniej wykonał swoje skryte podejście całkowicie pod wodą.

    Automatyczne sensory przejęły kontrolę nad silnikami pojazdu i zadziałały, by go wyminąć. Korathskiego projektu i akariańskicj budowy broń wykryła próbę ucieczki wybranego przez siebie celu i natychmiast uruchomiła bezpośredni mechanizm detonujący. Rezultatem była potężna, kierowana eksplozja tuż poniżej i nieco w prawo od wykonującego unik pojazdu. Szkło, metal i ciała rozpadały się w opadającym poduszkowcu.

    Kilkadziesiąt uzbrojonych, indywidualnych skuterów wodnych, obsadzonych przez Krygolitów przybyło na miejsce wybuchu. Wrogowie wtargnęli na uszkodzony pojazd ze wszystkich stron, próbując go zdobyć i przejąć nad nim kontrolę, zamiast po prostu wykończyć rannych mieszkańców.

    Każdy, kto nie był bezpośrednio zaangażowany w pilotowanie maszyny, dobył broni i ruszył na spotkanie z napastnikiem. Dotyczyło to również nagle zbędnych dowódzców, takich jak Nevan, który wyciągnął pistolet i przyłączył się do grupy Massudów, spieszących w kierunku walki. Lalelelang podążyła za nimi, z ignorowanym przez wszystkich rejestratorem cicho szumiącym w ręku.

    Nawet nie zauważyła, jak z sufitu spadł Krygolita. Ze swoimi sześcioma kończynami mógł poruszać się po powierzchniach, które nawet dla zręcznych Ziemian były niedostępne. Obracając się w powietrzu wylądował na czterech odnóżach po jej lewej stronie, skierował na nią swoją ręczną broń... i zawahał się. Zaskoczony jej wyglądem, nie podobnym ani do Ziemianina, ani do Massuda, stracił kilka sekund na próbę ustalenia czy jest sojusznikiem, czy wrogiem.

    To wystarczyło, czyjejś ręce złapały od tyłu za osłoniętą hełmem czaszkę Krygolity i gwałtowne szarpnęły ją. Smukła szyja trzasnęła jak słomka, wyzwalając małą, wąską fontannę zielonej, z miedzianym odcieniem krwi z podrygującego korpusu. Krew pochlapała Lalelelang, zlepiła pióra i poplamiła jej szaty, skapując z dzioba i szyi krzepnącymi kroplami. Gdy stwierdziła, że zaczyna się gwałtownie trząść, zmusiła się do zachowania spokoju, skoncentrowała się na konieczności wyczyszczenia małego obiektywu rejestratora.

    Pozbawione głowy ciało jeszcze chwilę trzęsło się przed nią na swoich czterech odnóżach, po czym runęło na podłogę jak popsuta zabawka. Zza zwłok ukazał się Nevan, Ziemianin, którego w ciągu poprzednich dni uznała za względnie cywilizowanego i postępowego jak na swoją rasę. Oczy miał wytrzeszczone, a oddech krótki i szybki. Wysoce wydajny system oddechowy ładował jego mięśnie świeżym tlenem.

    Głowa Krygolity zwisała z jego nadzwyczajnych, silnych palców. Nevan odrzucił ją w bok. Głowa kilka razy odbiła się od pokładu. Choć wokół toczyła się walka, Lalelelang skupiła uwagę na swoim opiekunie żałując, że nie może gdzieś się ukryć na chwilę wystarczającą do zażycia dodatkowych lekarstw. Obawiała się, że jeśli to zrobi, przeoczy coś istotnego.

    I mimo, że ciągle dygotała, nie wpadła, ku swemu zdziwieniu, w stan śpiączki. Lata treningu i przygotowań zwracały się z nawiązką. Straat-ien ciągle na nią patrzył. Jego postawa i wyraz twarzy wyrażały aprobatę, szacunek... i coś więcej, coś, czego nie mogła określić.

    W następnej chwili już go nie było. Pobiegł, by przyłączyć się do walki.

    Massudzi mieli ciężką przeprawę z napastnikami. Pojazd dowodzenia musiał zachować swe położenie i utrzymać funkcją, którą pełnił w konflikcie nękającym deltę, a prócz tego ludzie na pokładzie zmuszeni byli również walczyć z nękającymi ich Krygolilami.

    Lalelelang uświadomiła sobie, że jeśli obrońcy pojazdu nie zdołają pokonać atakującego wroga, to, czy uda się jej opanować drgawki, czy nie, nie będzie miało żadnego znaczenia. Ampliturowie bez wątpienia byliby zachwyceni mając ją w swoich rękach, nieczęsto miewali Waisów jako jeńców.

    Efektywność Ziemian w odpieraniu napastników była przerażająca dla obserwatora. Dystansujące ćwiczenia, które opracowała przechodziły ciężką próbę. Częste sprawdzanie pracy rejestratora pomagało jej wmawiać sobie, że nie była świadkiem prawdziwej walki, a nagrywała jedynie ćwiczenia. Śmierć wielu osobników wokół niej była tylko abstrakcją. Takie wyćwiczone samookłamywanie się umożliwiało jej zachowanie równowagi emocjonalnej pośród piekielnych warunków.

    W połowie bitwy o utrzymanie kontroli nad pojazdem nastąpił szczególny wypadek.

    Cały oddział Massudów, niektórzy kulejący albo ranni, wycofywał się korytarzem, w którym się znalazła, gdy nagle stanął przed nimi ziemiański podoficer, szczupły, ciemnowłosy osobnik, który ostro się do nich zwrócił za pośrednictwem swojego translatora. Posługując się płynnie zarówno massudzkim, jak i ziemiańskim językiem, doskonale rozumiała jego słowa, jak i syczące odpowiedzi, które sprowokował.

    Argumenty Ziemianina nie wydały się jej bardzo przekonywujące, zwłaszcza w sytuacji, gdy wielu członków grupy odniosła rozmaite obrażenia. Zatrzymali się patrząc tępo, po czym jeden za drugim odwracali się i wracali z powrotem. Przytrzymując swoją broń, podoficer ruszył, by za nimi podążyć, gdy nagle zauważył, że Lalelelang patrzy na niego. Wśród chaosu i bitewnego zamieszania ich oczy spotkały się na moment, jej szeroko rozwarte i błękitne, jego, małe, o czarnych źrenicach. Chciała odwrócić wzrok, ale nie mogła.

    Wreszcie Ziemianin odszedł, zostawiając ją w korytarzu.

    Starając się ze wszystkich sił zignorować ogłuszające krzyki i odgłosy eksplozji rozlegające się wokół niej, usiłowała zanalizować to, co się przed chwilą wydarzyło. Rozmowa, którą przypadkiem usłyszała, nie zawierała żadnych semantycznych niejasności, których nie potrafiłaby wyjaśnić. Była bezpośrednia, nieskomplikowana i krótka. Dobrze znała oba języki.

    Nie rozumiała jednak jak samotny, niepozorny Ziemianin zdołał przekonać sześciu Massudów, którzy chcieli uciec, by odrzucili wszelką troskę o swoje rany i powrócili na pole walki. Ich postawa trafnie oddawała odczuwane uczucia: strach i panikę. Mimo to, pojedynczy Ziemianin w jakiś sposób pomógł im przezwyciężyć popłoch.

    Coś przemknęło rycząc koło jej głowy. Uchyliła się, dygocąc gwałtownie. Ten wypadek kwalifikował się do późniejszego rozważania, w warunkach bardziej sprzyjających analitycznym rozmyślaniom. Wszystko było nagrywane w jej rejestratorze. Teraz należało utrwalać, nie drobiazgowo analizować.

    Pod dowódzctwem Nevana, kapitana ślizgacza, massudzkich oficerów i ziemiańskich podoficerów, wyparto z pokładu krygolickich najeźdźców. Pokonani wewnątrz, ci co przeżyli, schronili się na swoich jednostkach pływających i kontynuowali atak na sam pojazd. W tym krytycznym momencie, gdy wróg zdecydował wreszcie, że branie jeńców nie usprawiedliwia dalszych strat i należy zniszczyć przeciwnika, kilkanaście ślizgaczy obsadzonych Massudami przybyło z odsieczą. Odebrali, na szczęście, wezwanie o pomoc, rozesłane we wszystkich kierunkach przez dowódcę uszkodzonego wehikułu.

    Nagle Krygolici mieli pełne kleszcze roboty, by obronić się przed atakiem od tyłu. Zmaltretowanemu i dymiącemu, ale ciągle utrzymującemu się w powietrzu pojazdowi udało się dotrzeć pod skromną, ale bardzo cenną osłonę grupy wysokich drzew.

    Pomimo obietnicy, że w bitewnym zamieszaniu będzie się trzymać Nevana, Lalelelang została od niego odseparowana. Odnalezienie go zajęło jej dobrą chwilę. Przebywał w zdemolowanym, ale ciągle funkcjonującym centrum dowodzenia.

    Na jej widok uśmiechnął się, pamiętając o tym, żeby nie odsłaniać zębów, co mogłoby ją urazić. Ta chwila trwała krótko i Nevan szybko powrócił do swojej pracy. Obserwowała go, a rejestrator cicho szumiał. Choć miała zapasowe części, cieszyła się, że urządzenie nie zawiodło. Zawierało teraz materiał nie do zastąpienia.

    Gdy wreszcie wstał od konsolety i odwrócił się od współtowarzyszy, Lalelelang ośmieliła się zrobić krok naprzód i zapytać:

    - Jak nam idzie?

    Jej wymowa była tak doskonała, że wyczerpany Nevan o mało co nie odpowiedział tak, jak odpowiedziałby Ziemianinowi, ale gdy zorientował się czyj to głos, trochę zmodyfikował swoją odpowiedź:

    - Kopiemy tylną część ich chitynowych odwłoków tak, że aż ekskrementy z nich tryskają w górę i w dół rzeki. Nasz pojazd jest w samym środku tego wszystkiego i dlatego oberwaliśmy tak mocno. - Zerknął z ukosa na konsolę. Nasz atak na ich bazę zaopatrzeniową rozpoczął się wolno, ale teraz już nabrał mocy. Zanim to się skończy, wyrzucimy ich z całego obszaru.

    - Zmienicie porażkę w zwycięstwo? - wyraziła się mało dyplomatycznie.

    Nie obraził się.

    - Możesz się założyć o swój pióropusz. Spójrz tutaj. - Wskazał na najwyższy w prostokącie małych, owalnych ekranów.

    Zdalnie sterowana latająca kamera przekazywała obraz ataku na główny obiekt. Na ich oczach olbrzymi kłąb ognia eksplodował gdzieś na ziemi, a kamera przez chwilę pokazywała niebo, gdyż urządzenie starało się uniknąć fali uderzeniowej. Inne ekrany pokazywały smugi kondensacyjne ślizgaczy i ścigaczy, angażujących się w walki powietrzne na niskim pułapie.

    Gdzieś tam, wiedziała, dziesiątki, a może setki rzekomo cywilizowanych, inteligentnych istot było patroszonych, ćwiartowanych, zabijanych. Dygotanie mięśni powróciło, mimo jej najbardziej wydajnej i zręcznej gimnastyki umysłowej. To wszystko działo się tak szybko. Co gorsza, czuła, że zaczyna ustępować działanie medykamentów.

    - Dobrze się czujesz? - oczy Nevana zwęziły się, a jego głos przycichł.

    - Nic mi nie będzie. Mówiłam ci, żebyś się o mnie nie martwił,

    - Racja, mówiłaś. Mimo to myślę, że nic się nie stanic, jeśli zrobisz sobie chwilę wytchnienia. Dlaczego nie spędzisz kilku minut w kabinie medycznej i nie odpoczniesz? Zasłużyłaś na to. Nawet Massud by zasłużył.

    Z wysiłkiem powstrzymywała swój głos od drżenia.

    - Dziękuję za twoją troskę, ale jeśli nie masz nie przeciw temu, wolałabym tu pozostać. Jeśli całkiem stracę przytomność, byłabym wdzięczna, gdybyś odsunął mnie na bok do jakiegoś kąta, gdzie nie zostanę zadeptana w ferworze bitwy.

    Kiwnął głową z aprobatą:

    - Jak na Waisa, jesteś zupełnie wyjątkowa.

    - To samo powiedział mi nie tak dawno inny ziemiański żołnierz. Ja tylko wykonuję swoją pracę. To moje żyeie. Ty jesteś moim życiem, lub raczej twój gatunek nim jest.

    Massudzki technik siedzący obok, od kilku chwil próbował przyciągnąć uwagę Nevana. Gdy ten mógł znów zwrócić się do swojej podopiecznej, powiedział jej:

    - Inni badacze Gromady już próbowali zrobić karierę badając nas, ale z tego, co wiem nikt nie był w stanie robić tego w warunkach bojowych. Po kilku powierzchownych próbach wszyscy rezygnowali.

    - Podejrzewam, że żaden z nich nie był historykiem.

    - Co ci to daje? Czego oni nie mieli? Szerszą perspektywę?

    - Coś w tym rodzaju. Ja mam silną motywację - potwierdziła.

    Takie rozmowy pomagały uspokoić jej nerwy. No chyba, że krzyczał. Nie na nią, ale na swoich kolegów. Ostre, zastraszające brzmienie ludzkiego głosu i chrapliwe zgłoski języka ciągle niepokoiły jej delikatne uszy.

    Bitwa trwała i Nevan znów o niej zapomniał. Dopiero po jakimś czasie zauważył, że znikła. Może przyjęła jego propozycję i zdecydowała się odpocząć. Sam był bardzo zmęczony i martwił się, że Wais, z jej znacznie mniej odpornym systemem nerwowo-mięśniowym, mogła być bliska zapaści.

    Z zapadnięciem nocy Krygolici i ich sprzymierzeńcy wycofywali się na całym obszarze, próbując ratować sprzęt. Uciekając walczyli, ale jednak uciekali. Oczyszczanie terytorium kontynuowano przez całą noc. Metodycznie dorzynano stawiających opór i brano jeńców według uświęconych tradycjami zwyczajów. W tym czasie widział ją tylko raz, przecinającą spokojnym krokiem skrzyżowanie korytarzy. Jej rejestrator jak zwykle cichutko pracował.

    Conner stanął przed nim następnego popołudnia.

    Znajdowali się na mocno uszkodzonym pokładzie hangaru ścigaczy na południowym obrzeżu zdobytej bazy nieprzyjaciela. Krygolickich, a także paru mazveckich i akariańskich jeńców, gromadzono poniżej w pośpiesznie wzniesionym, prowizorycznym zamknięciu. Nie stawiali oporu. Jeńcy, podobnie jak ci przedstawiciele Gromady, którzy zostali wzięci do niewoli, z reguły stawali się pasywni. Tylko Ziemianie regularnie buntowali się w niewoli. To była jeszcze jedna łamigłówka dla Ampliturów.

    Między jeńcami nie było Amplitura. Nie było pewne, czy jacykolwiek byli na Chemadii, a jeśli byli, jak zwykle trzymali się z dala od terenu walk. Złapać Amplitura to był wyczyn, o którym marzył każdy żołnierz Gromady. Fakt, że w całej historii wojny zdarzało się to niezmiernie rzadko, nie zniechęcał marzycieli.

    Operacja oczyszczania okolicy z nieprzyjaciela trwała. Zrujnowane składy, magazyny i podziemne bunkry sporadycznie czkały płomieniami. Baza Krygolitów była wielka, ciężko ufortyfikowana i zawzięcie broniona. Jej utrata sparaliżuje działania wroga daleko poza deltą. Z kolei jej zdobycie z nawiązką zrekompensowało utratę pływającego modułu dowodzenia.

    - Co mogę dla pana zrobić, sierżancie? - Mimo, że byli sami, starał się zachować pozory normalnych stosunków pomiędzy oficerem i podkomendnym. - Jak tam pański oddział, duże straty?

    - Jeden ranny. Główny impet uderzenia wzięli na siebie Massudzi. Wielu z nich miało w module przyjaciół, czy członków klanu. Ale nie o tym muszę z panem porozmawiać.

    Nevan kopnął kawałek zwęglonego, pogiętego, ceramicznego pancerza.

    - A o czym?

    - O tym kanarku, którego pan niańczy. - Ziemianie mieli pieszczotliwe przezwiska dla wszystkich innych gatunków, zarówno sprzymierzeńców jak i wrogów. I choć Waisowie znacznie bardziej przypominali emu, niż te drobne, jaskrawo-żółte, śpiewające ptaszki, dla wszystkich byli "kanarkami", tak jak Massudzi byli "szczurami", a Ampliturowie, "kałamarnicami". Te przezwiska były rzadko używane w obecności zainteresowanych, którzy jednak doskonale zdawali sobie sprawę z tych szczególnych określeń. Większość nie czuła urazy.

    W końcu oni też mieli swoje własne, charakterystyczne, sekretne określenia dla przedstawicieli rodzaju ludzkiego.

    - Co z nią? - Waisowska historyczka przebywała aktualnie na pokładzie pojazdu, przeglądając dane i sprawdzając sprzęt.

    - Widziała mnie.

    Nevan przerwał oglądanie zdobytej bazy.

    - Co to znaczy, widziała mnie?

    - W trakcie walki o ślizgacz natknąłem się na uciekającą grupę Massudów. Pięciu, czy sześciu, jeśli dobrze pamiętam. Byli przerażeni, ale nie aż tak, by nie mogli bronić pozycji, czy służyć wsparciem. Cierpieli na kolektywną utratę odwagi i szukali jakiegoś miejsca, w którym mogliby przeczekać i pozbierać się do kupy. Jak pan wie, w tym czasie wróg pokonał zewnętrzne zabezpieczenia i potrzebowaliśmy każdej pary rąk.

    - Mówisz, że uciekali? - Nevan obserwował wyładowany zaopatrzeniem transportowiec, który ostrożnie siadał na częściowo naprawionej platformie lądowiska..

    - Nie posunąłbym się aż tak daleko. Raczej wycofywali się w nieładzie. Sami szeregowcy, żadnego podoficera wśród nich nie było. Widziałem, że mieli w sobie jeszcze bardzo dużo ducha walki. Potrzebowali tylko kogoś, kto by nimi pokierował.

    Nevan wolno pokiwał głową.

    - Co postanowiłeś im zapewnić.

    - Zasugerowałem im to. Najpierw wszystkim zbiorowo, co było trudne, a gdy już skupiłem na sobie ich uwagę, każdemu z osobna. To było łatwiejsze. Poszło całkiem gładko. - Rozejrzał się wokół, udając obojętność. Ciągle byli sami.

    - To dobrze. Czy wszyscy prawidłowo zareagowali? Zmienił się kierunek wiatru i obaj mężczyźni odwrócili się plecami do niego. Gryzący dym szczypał Nevana w oczy. Conner przytaknął.

    - Warunki spowodowały, że trudno było się skoncentrować, ale myślę, że poszło mi całkiem dobrze. Gdy pierwsi dwaj ruszyli z powrotem, to prawie przekonali pozostałych. Z tym nie było kłopotów. Problem polega na tym - dodał cicho - że ona widziała całe zajście. Wiem, że tak było, bo gdy skończyłem i skierowałem się w stronę swojej pozycji, wpatrywała się we mnie.

    - No i co widziała? - Nevan zachowywał się nonszalancko. - Jednego Ziemianina - oficera rozmawiającego z grupą Massudów. Powiedziałeś, że nie było wśród nich podoficera. To oznacza, że byłeś starszy od nich rangą. Cóż w tym dziwnego, że wydawałeś im rozkazy, szczególnie w warunkach bojowych?

    - Nie rozumie pan. - Conner oblizał wargi. - Ten jej cholerny rejestrator był włączony. Cały czas.

    Te słowa spowodowały, że Nevan ostro na niego spojrzał:

    - Nagrała ciebie, sugerującego Massudów?

    Sierżant kiwnął głową.

    - To nie oznacza, że nagranie pokaże coś kompromitującego. Ale wiem, jestem pewien, że coś zauważyła, że coś podejrzewa. Może ogarnia mnie popłoch, ale obawiam się, że jak już będzie miała czas, gdy nastanie pokój, no i będzie w zaciszu swojego gabinetu szczegółowo analizować ten fragment informacji, by przypatrzeć się wizji i przysłuchać fonii, to może odkryć, że działo się tam coś niezwykłego. Czułem to. Nie rozumiała, dlaczego Massudzi powrócili do boju? Dlaczego mnie posłuchali?

    - Czy chcesz mi zasugerować, że odczytałeś jej myśli?

    - Wie pan, że nie potrafimy tego robić. - Conncr zapatrzył się w dal. - Jak powiedziałem, może mi się tylko wydawało? Ale wie pan przecież, że już od dzieciństwa, od chwili, w której zdawaliśmy sobie sprawę ze swego talentu, uczono nas, by nie grzeszyć zbytkiem ostrożności, jeśli w grę wchodzi nasze bezpieczeństwo, bezpieczeństwo Kadry. - Wzruszył ramionami. - Ale prawdopodobnie pan ma rację. Wiedziałbym dużo lepiej czy coś podejrzewa, czy nie, gdybym miał jakiekolwiek doświadczenie w interpretowaniu postawy, albo ekspresji Waisów.

    - Niewielu ludzi to potrafi, tylko kilku specjalistów. Wszystko, co robią Waisowie jest bardzo zawiłe i wyrafinowane.

    - Może nie powinienem nic mówić. Ale to był trudny moment i byłem... cóż, byłem bardzo wyczulony na wszystko, co się działo wokół mnie. W czasie walki można stać się bardzo nerwowym.

    - Nie bądź dla siebie zbyt surowy, sierżancie. Dobrze zrobiłeś, że mi o tym powiedziałeś.

    - Pomyślałem sobie, że skoro jest pan jej opiekunem, to może mógłby pan trochę ją wybadać. Zadać kilka pytań, sprawdzić reakcje. Spróbować stwierdzić, czy ta scena nasunęła jej jakieś podejrzenia. Zrobiłby pan to lepiej, niż ja.

    - Nie licz na to. Jak pytać o coś, czego rzekomo nie ma, nie wyjawiając tajemnicy? Zadawanie pytań, choćby nie wiem jak niejasnych, może być bardziej niebezpieczne, niż zignorowanie całej sprawy.

    - O to właśnie chodzi. - Conner znów spojrzał na przełożonego. - Czy wolno nam to zignorować?

    Przez chwilę Nevan nie odpowiadał.

    - Niech pan wraca do swoich obowiązków, sierżancie. Niech pan to mnie zostawi. Zajmę się tym.

    - Co tylko pan rozkaże. - Sierżant się nie wahał. - Jeśli zdecyduje pan, że problem musi być rozwiązany, służę pomocą. - Nie musiał się nad tym rozwodzić.

    Dwóch mężczyzn rozstało się. Nevan skierował się w stronę pojazdu dowodzenia, a sierżant pobiegł w kierunku uzbrojonej grupy, która przetrząsała gruzy w poszukiwaniu ocalonych, lub stawiających opór.



Strona główna     Indeks